Zagrodnik

 

17 października 2017, 19:07

Partner

Logowanie

Reklama




Granica przyjaźni

warning: Parameter 1 to theme_field() expected to be a reference, value given in /includes/theme.inc on line 170.

Granicą przyjaźni nazywano kiedyś propagandowo granicę na Odrze i Nysie, a jednak była silnie strzeżona i jej przekroczenie nie było wcale łatwe. Dzisiaj ta granica nie jest już trudna do przekroczenia, bo oddziela nie ludzi lecz strefy interesów narodowych. Jednak granica ta nadal dzieli, a wobec faktów które ostatnio zdarzyły się u naszych zachodnich sąsiadów, zaczyna dzielić coraz bardziej.

Obserwując dzisiejszą światową scenę polityczną bez trudu dostrzeżemy powszechny fałsz i obłudę w polityce międzynarodowej, ale także agresywność potęg militarnych i gospodarczych skierowaną przeciw wolności i interesom krajów mniejszych. Od takich praktyk nie jest niestety wolna nawet Unia Europejska, co szczególnie powinno skłaniać nas do ostrożności i zdecydowanych protestów, zanim nie jest za późno.

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie coraz liczniejsze ostatnio przypadki brutalnego nacisku na mniejsze kraje unijne, forsowanie rozwiązań politycznych i gospodarczych szkodliwych dla tych krajów, czy też nieprzerwane a szkodliwe zakłamywanie ich wizerunku. Oto grupa euro deputowanych wraz z szefem Europarlamentu, arogancko strofuje Prezydenta Czech, co przypomina najgorsze wzorce z przeszłości. Z kolei Niemcy, przy aktywnej współpracy Francji, forsują państwowość unijną ze scentralizowanymi strukturami i z ubezwłasnowolnieniem krajów członkowskich, przy możliwości decydowania w wąskim kręgu głównych partnerów.

Nagłaśniana swoboda decyzji poszczególnych społeczeństw w sprawach dla nich ważnych a stanowiących ich specyfikę, jest niewiarygodna wobec prawa instytucji centralnych Unii do nakazania zastosowania wskazanych rozwiązań. Popatrzmy wreszcie na dziwaczną i chyba nie przypadkową antypolską propagandę szerzącą się w krajach zachodnich i Ameryce. Propaganda ta, w prasie, telewizji, filmie, choć szczególnie wymierzona w nasz kraj, dotyka także naszych sąsiadów będących ofiarami II wojny światowej, szczególnie Czechów.

Obawiam się że praktyka "niezręcznych przejęzyczeń, uogólnień i nieścisłości", nie jest przypadkowa. Zbyt często i szeroko się zdarza. Niektórzy twierdzą że te ataki są formą nacisku lobby żydowskiego dla wymuszenia odszkodowań za mienie pozostawione w Polsce. Ale chyba nie o to, lub nie tylko o to chodzi. Dziwnym zbiegiem okoliczności równolegle trwa umniejszanie lub zmilczanie win niemieckich. Gorzej! Niemcy stają się coraz częściej ofiarami II wojny! Świat nie obwinia też drugiego agresora Polski - Związku Sowieckiego. Wielcy i silni nie mogą mieć złej prasy. Mogą się łatwo zemścić, na arenie politycznej lub gospodarczej. Powstaje obszar tabu, w którym zamknięto czarną przeszłość winnych, z coraz powszechniejszym procederem obarczania winą prawdziwych ofiar.

Nie przypadkiem piszę o niemieckich, a nie np. hitlerowskich winach. Hitler miał autentyczne poparcie swojego narodu, szerokie i bezkrytyczne. Aneksja Czechosłowacji, napaść na Polskę, okupacja innych krajów, cała druga wojna światowa w tym zagłada narodów, były jawną polityką władz hitlerowskich, popieraną przez naród który go wybrał w wolnych wyborach, i który prawie do końca ślepo w niego wierzył. Bo ta polityka stwarzała obszar niemieckich korzyści tak dla tego państwa jak i jego obywateli. To nie naziści stanowili armie niemieckie pacyfikujące, rozstrzeliwujące, organizujące łapanki i transporty, strzegące obozów. Większość absolutną stanowili zwykli obywatele popierający i realizujący plan niemieckiej dominacji. Zakłamywanie historii poprzez używanie zwrotu "hitlerowcy" lub "naziści" stało się powszechną praktyką, a przecież to byli niemieccy obywatele - Niemcy.

Bezpośrednim impulsem do podjęcia tego tematu stała się klęska naszej polityki w sprawie tzw. "Centrum przeciw wypędzeniom", które ukaże m. in. Polskę i Polaków jako sprawców ogromnych cierpień niemieckich obywateli terenów byłych Prus - ofiar II wojny światowej. Centrum to miało nie powstać, lecz powstanie. Zmiana nazwy nic tu nie zmienia. Zawartość, wymowa i cel pozostają takie same. Jednoznacznie zakłamujące historię, antypolskie. Ponieśliśmy tutaj klęskę całkowitą i ogromną. Muzeum to za kilka, kilkanaście lat przyczyni się do powstania u wielkiej liczby Niemców i przedstawicieli innych narodów przekonania o bestialstwie Polaków. W połączeniu z kłamliwą propagandą o naszym udziale w zagładzie Żydów i wrodzonym antysemityzmie, usprawiedliwi każdą antypolską akcję.

Zapyta ktoś co może nam grozić w konsekwencji tej politycznej porażki? Otóż grożą nam konsekwencje wynikające z II Wojny Światowej, bo ona dla nas się jeszcze nie skończyła. Definitywne zakończenie wojny zawsze następuje wtedy, gdy nastąpią ostateczne uzgodnienia co do sankcji wobec przegranych, zadośćuczynienia dla zwycięzców, i kiedy podpisane zostaną wszelkie nowe traktaty międzynarodowe, stabilizujące, utrwalające uzgodniony stan.

Tymczasem II wojna nie zakończyła się takim uporządkowaniem. Przyczyną była zimna wojna która uniemożliwiła takie rozwiązania. Związek Radziecki, dysponując siłą nie potrzebował martwić się tymczasowością rozwiązań, bo jego siła wykluczała wysuwanie wobec tego Państwa i jego satelitów jakichkolwiek roszczeń. Nasze wystąpienie z orbity Sowieckiej i próby utrzymania niezależności od Rosji, wystawiły nas na zależność od Zachodu.

A dzisiaj w Europie karty rozdaje koalicja francusko niemiecka, w partnerstwie z Rosją. I tu jest właśnie niebezpieczeństwo. Bo oddając nasze ziemie wschodnie sowieckiej Ukrainie, Białorusi i Litwie, przekazano nam po wojnie wschodnie ziemie niemieckie - część Prus, Dolny Śląsk, Pomorze. Tyle że zabrano nam wschód na zawsze i nieodwołalnie, a ziemie zachodnie oddano naszej tymczasowej administracji, bo taka była decyzja aliantów, a raczej Sowietów. Podpisane w latach 1990 - 1992 umowy polsko niemieckie potwierdzając prawo naszego kraju do władania tymi ziemiami, pozostawiły jednocześnie nierozstrzygnięty problem praw własności. A ziemie te należały przed wojną do Niemców, i żaden akt prawny o znaczeniu międzynarodowym tej własności nie zniósł..

W tej sytuacji Niemcy mają prawo żądać od nas oddania swojej własności w granicach swojego państwa z 1939 roku. Dzisiaj mamy już pierwsze przypadki odzyskiwania ziemi i domów przez Niemców, mimo że sprawy toczyły się w polskich sądach. Ale prawdziwe zagrożenie dopiero przed nami. Po ratyfikacji traktatu Lizbońskiego rola naszego prawodawstwa w tej kwestii będzie żadna. Rozstrzygać będzie prawo unijne i tamtejsze sądy. Masowe żądania zwrotu przedwojennej własności na pewno w Polsce wywołały by wielkie poruszenie i protesty, mogące skutkować próbą umiędzynarodowienia problemu.

Chyba że wcześniej stworzy się wrażenie przywracania sprawiedliwości, odbierania złoczyńcom zagrabionych terenów i majątków. I tutaj dostrzegam cel i sens tworzenia "Centrum przeciw wypędzeniom", licznych antypolskich publikacji, fałszowania historii. Stąd taka aktywność "Związku wypędzonych", wypowiedzi niemieckich polityków kwestionujące przebieg granicy. Z zachowania władz centralnych Niemiec trzeba wyciągnąć wniosek, że temat ten jest u nich ważny i widziany jednostronnie. Bo tylko tak można wytłumaczyć brak jednoznacznego stanowiska tych władz, odcięcia się od roszczeń i formalnego przejęcia przez to państwo odpowiedzialności za skutki II wojny, wraz z konsekwencjami dla jego obywateli.

Może ktoś powie że kraczę, że to nie może być prawda. Proszę jednak zwrócić uwagę, ze w naszym kraju, mimo sentymentu do utraconych na wschodzie ziem, nie istnieje żadna siła wysuwająca roszczenia wobec obecnych ich posiadaczy. My pogodziliśmy się z realiami, bo taka była polityka naszych władz. Popularność organizacji roszczeniowych w Niemczech jest duża i rośnie także dlatego, że władze tego kraju wspierają te ruchy poprzez uznawanie ich siły i słuszności ich postulatów!

Obawiam się więc, że po wejściu do UE sprawy potoczą się szybko. Lawina roszczeń, pozwy zbiorowe i indywidualne, jakiś nakaz Trybunału dla władz Polski, i już mamy szybką zmianę własności lub kolosalne odszkodowania. Co to dla nas znaczy? Po pierwsze przywrócenie Niemieckiej własności na tamtych terenach zaskutkuje wcześniej czy później przeniesieniem ich pod władztwo Niemieckie. Lecz co gorsza, my, którzy pozostaniemy w resztówce naszego kraju, w granicach zbliżonych do Generalnej Guberni, pozostaniemy z kolosalnymi zobowiązaniami wynikającymi z odszkodowań. I nie dostaniemy chyba na to dotacji z "Unii".

Myślę że opisane zagrożenie najlepiej jest znane czołówce naszych polityków. Nie mam wątpliwości że Prezydent i Premier mają świadomość realiów w stosunkach polsko niemieckich. A w stosunkach tych nie było i nie jest dobrze, skoro nawet "przyzwoity profesor" Bartoszewski narzeka na Kanclerzynę Merkel. Bo po całej serii ustępstw naszego rządu, nie udało się uzyskać nawet tak śmiesznej ale ważnej propagandowo grzeczności, jak usunięcie z pierwszego szeregu "wypędzonej" Steinbach. Wielkie teraz Niemcy nie ustąpiły nawet w tym. Poznaliśmy dzięki temu nowe, realne granice przyjaźni.

Partnerzy